Blog:91. Siedział i grał na ukulele
Z Ubogo, Ale Chędogo
Było około północy. Autor stanął na rogu Dąbka i Kutrzeby i wyciągnął z kieszeni paczkę Fajrantów, które, granicząc z cudem, udało mu się ukraść z Lidla przed historią o 8.45. Wyjął jednego z paczki i włożył za prawe ucho. Następnie wyciągnął drugiego i włożył go za lewe ucho, wreszcie trzeciego do ust. Zębami wyjął filtr i ujął nimi papierosa w miejscu, w którym zaczynał się tytoń. Wyciągnął z prawego buta pojedynczą zapałkę, a z lewego kawałek draski, który śliną nakleił na paznokieć i potarł nim o zapałkę. Wreszcie przypalił koniec i zaciągnął się porządnie gryzącym, niesmacznym dymem. Potem, nadal trzymając w zębach oślinionego, gorącego Fajranta włożył spaloną zapałkę z powrotem do prawego buta, a draskę do lewego. Żwawym marszem podążył dalej w stronę domu. Autor szedł tak, że aż się kurzyło i dymiło, aż nie minął gimnazjum nr 6 (do którego miał nieszczęście chodzić przez 4 tygodnie w 1 klasie), gdzie napotkał Trop.
Na chodniku, wyrysowane białą kredą, jak gdyby po prostu jakiś dzieciak miał dziś zdecydowanie za dużo czasu i kredy, jedna za drugą biegły strzałki w lewo. Nie potrafiły nie rzucać się w oczy jako podręcznikowy przykład banalnego zwodzenia ludzi na manowce celem kradzieży ich cennego czasu, i, choć o tej porze nic sensownego nie mogło już się wydarzyć, podążył za nimi około 15 m.
Na małym, osiedlowym czy wręcz blokowym placyku zabaw, na ławce siedział wąsaty Kozak w tradycyjnym stroju ludowym i grał na ukulele, zawodząc przeciągle starą kozacką pieśń:
- Mi bezonas la libertempon
- Kiel arboj bezonas akvon
- Kiel Ciganoj bezonas fremdan penon
- Mi bezonas tiujn feliĉajn tagojn
- Someron kaj nenion pli
- Ĝis la fino de printempo
- Per miaj propraj brakoj
- Mi batalos la fatigon
- Per pigrado, biero kaj tabako
- Sed nur preskaŭ du monatoj
- Neeble persisti pli
- Vi neniam konkeros mian koron
- Cxar ĝi estas diste en juni'
- Pięknie waść grasz - rzekł Autor. - naści złocisza na pół browara albo siódmą część Gawitha.
- Dankon, junulo - odrzekł Kozak, kaszląc żałośnie. - Ech, ta dzisiejsza młodzież, pojęcia nie ma o starych pieśniach kozackich. Gdym ostatnio tu śpiewał, przyszedł tu do mnie jakiś szczeniak i szczekał na mnie w esperanto.
- Szczekał? W esperanto?
- Jak Boga kocham! Mucha nie siada, czyściutkie esperanckie szczekanie! Przepłoszył mojego kolegę, noż!
Oj, znam ja tego szczeniaka, pomyślał Autor. Już ja mu pokażę! Na największego Kozaka na dzielni szczekać!
- Prchal[1]! - usłyszał własny krzyk, zanim zdążył choćby o tym pomyśleć.
Na razie nic. Autor odśpiewał więc umówiony sygnał Psa Nadprzewodnika, którym ten powitał go ostatnio:
- Venu, venu, mi vin ĉi tie bezonas!
W wysokiej trawie za placem, w oddali rozległo się cichutkie szczekanie (haŭ, haŭ), następnie ukazał się koniec ruchomego najprawdopodobniej już na wszystkie strony ogona, który zbliżał się coraz bardziej, wreszcie z trawy wyskoczył mały amstaff, plamiąc chodnik zielonymi odciskami łap. Następnie zameldował się, salutując prawą przednią łapą:
- Młodszy nadprzewodnik Prchal melduje się!
- Prchalu, ty psie pogański - zwrócił się doń Autor - dlaczego szczekałeś na tego pana?
- Bo nie umiem mówić inaczej - odszczekał Prchal.
- Tu akurat cię rozumiem. Młodszy nadprzewodniku Prchal, baczność!
Prchal usiadł na tylnich łapach.
- Po kumpli... idź!
Prchal poczłapał żwawo, zostawiając po sobie pełno zielonych śladów.
- Napijesz się czegoś? - spytał Kozak.
- Niech będzie. Pozwól tylko, że poczekam na kumpli.
Pedro, bo tak miał na imię Kozak, z przyjemnością powitał gości. Zeszło się około 30 osób, z czego połowy nikt nie znał, i cały czas przychodzili następni ludzie. Autor obawiał się trochę, czy aby starczy dla nich miejsca na placu; przestał, kiedy naliczył ponad 100 osób, a mały, osiedlowy placyk zabaw wydawał się być wielką, pustą przestrzenią. Z kosza na śmieci, który najwyraźniej był atrapą, bo, mimo kamuflażu, w ogóle nie śmierdział, a śmieci w środku były jedynie misternie uformowanymi kostkami lodu, Pedro wyciągnął litrową Żołądkową Gorzką z miętą i nalał Autorowi, Przyspieszowi, Marcie „Pice”, sobie, a w końcu także do misy Prchala.
- Autorze - rzekł Pedro, wznosząc kielich w tęż samą stronę, co serca. - ścieżkę poprowadziliśmy ponad tydzień temu. Dlaczego znalazłeś ją dopiero dzisiaj?
- Głupcze - odrzekł mu pieszczotliwie Autor. - czy nie czytałeś dotąd noci 90.? Czy nie wiedziałeś, że wypożyczyłem wszystkie trzy tomy „Potopu” i przez tydzień on zajmował moją uwagę? Czy nie widzisz, że istnieją rzeczy ważniejsze niż znajdowanie waszych ścieżek i imprez?
- Autorze! Czy nie wiesz, że jedynym czynnikiem, który tworzy twoje ścieżki, jest twoje własne życzenie, żeby napić się alkoholu?
Autor załamał ręce i obniżył pozycję.
- Tu akurat masz rację. Wypijmy za przestrzeń, w której mogą powstawać tak nietrafione w czasie imprezy!
Spełnili kielichy, a Pedro spytał:
- Dlaczego właściwie tak prędko czytasz ten sam „Potop”, który tygodniami wyklinałeś, który był wyrazem rytualnego samobójstwa?
- Widzisz, Pedro - odparł Autor. - To jest wyraz mojego buntu. Bo teraz powinienem czytać „Świętoszka”.
Kiedy tylko zaczął się długi weekend, kiedy już można by mieć nadzieję na odetchnięcie choć chwilę, może nawet całkowite wyspanie się, po raz pierwszy od dwóch tygodni, musiała nadejść komunia kuzyna Filipa. Całe 6 dni upłynęło mi więc na czytaniu „Potopu”.
Uwadze polecam film: Wiesław Miernik - Cztery Szlachetne Prawdy.
| Poprzedni post: 90. Rowerem do oświecenia | 91. Siedział i grał na ukulele | Następny post: 91,5. |
