Blog:92. 92 nocie i dwa lata nadmorskiej żeglugi

Z Ubogo, Ale Chędogo

Z miejsca deklaruję, że była to żegluga wyłącznie w przenośni, i tylko fale rozhukanej wyobraźni niosły mnie i nas wszystkich po bezkresnym oceanie przestrzeni (czas poćwiczyć metafory), bo choćbym nawet chciał, nie umiem nie tylko żeglować, ale nawet pływać wpław. Walczę z tym już od wielu, wielu lat, z ciągle tym samym efektem. Widziałem ostatnio w notesiku zapis:
Postanowienia na wakacje 2007:

  • nauczyć się pływać (...)

I co? Czy ktoś mi chciałby pomóc? Może jest jeszcze ktoś, kto nie umie pływać, i chciałby się nauczyć razem ze mną? No, bo jak ja mogę zostać w przyszłości Znanym i Szanowanym Autorem Blogaska, jeśli nie będę w ciepłą, lipcową noc wpływał nagi w odbicie iskrzących płomieni sosnowego ogniska na lustrzanej tafli któregoś z mniej znanych mazurskich jezior? Potem, grzejąc się przy ognisku, (co tak naprawdę nie będzie mi potrzebne, bo noce lipcowe bywają ciepłe), popijał gorącą herbatę z pokrzyw z Przyspieszem, ewentualnie jakąś koleżanką, pogryzając co chwila (bo na biwakach strasznie się zawsze chce jeść) niesolone (bo nie będzie mi się chciało wozić soli) ziemniaki, jabłka zagrzane do miękkości, soczystości i czerni zrywane po drodze z dzikich drzew (a nie, to dopiero w sierpniu)? Śpiąc pod gołym niebem, przemierzając kraj prawie bez bagażu - tu i teraz, tylko ja i rower, pęd powietrza, pot na czole, pragnienie, głód i energia kinetyczna innych uczestników ruchu drogowego, wprost proporcjonalna do ich mas i do kwadratu prędkości (a gdybym ja Panią kopnął, wykonałbym pracę, nadając pani dużą energię potencjalną).

Sporo wody w Dzierżęcince upłynęło (a w Wiśle i większych rzekach jeszcze więcej, ale ponieważ nie przepływają przez Koszalin, to w zasadzie nic mnie nie obchodzą) od czasu, gdy w pierwszej gimnazjum popijałem jaśminową herbatę, jeździłem co dzień na rowerze do parku i próbowałem tam pisać książki na palmtopie, służącym zresztą głównie do tego i do oglądania „Włatców móch” (którego to palmtopa marny los spotkał - zalałem go i otworzyłem, rozwalając ekran i warstwę dotykową). Ponieważ przechodziłem wtedy okres młodzieńczego zafascynowania pieniędzmi, naczytałem się za dużo „Czasu na e-Biznes”; autor sugerował szukanie pomysłu na e-booki na stronach, na których internauci wypisują swoje naczelne marzenia, rzeczy, których chcieliby dokonać w życiu, historie dokonania tego wszystkiego i inne radosne rzeczy, taka kopalnia wiedzy dla św. Mikołaja i podobnych klejnotów spełniających życzenia.

Oto i ja, który chyba nigdy nie spełniłem żadnego marzenia większego kalibru, niż na przykład filiżanka herbaty na balkonie na Klemensiewicza o 21, patrząc na zachód słońca nad Jamnem (co jak co, widok z okna w poprzednim mieszkaniu był zajefajny, nie to, co teraz - tylko bloki i bloki), albo wieczorna, spontaniczna przejażdżka do Unieścia na rowerze, miałbym się kreować na autorytet w branży? Nie tylko nie umiem, ani nie umiałem, pomagać innym w spełnianiu się, ale czasem nawet im w tym przeszkadzałem; to znaczy, że chyba jestem przeciwny szczęściu? Ja - ekspertem? Bwahahah, głupie; ale im starszy jestem, tym bardziej wstydzę się przeszłego siebie. Tendencja utrzymuje się już od kilku lat. Jeśli tak dalej pójdzie, wkrótce będę wstydził się za cały świat, czyli za wszystkie istoty w trzech czasach i kierunkach, a wtedy banda obrażonych ludzi z pochodniami i tłumem rozwścieczonych wieśniaków wyciągnie mnie za fraki i wrzuci mnie w najeżony zaostrzonymi palami dół niepamięci, a wtedy tyle słyszeli o blogasku:

Autor Poleca: Król Lew vs. Kamil Durczok

W sobotę, po 16 latach w Koszalinie, dowiedziałem się dopiero, że na Górze Chełmskiej (która jest wzgórzem, i to jak najbardziej koszalińskim) znajduje się opuszczony stadion Bałtyku. Jest to jeden z tych wspaniałych obiektów, od których każdego bloku żelbetonu i każdej pordzewiałej rury promieniuje na dziesięć kierunków świetlana przeszłość, a wszystko to w przepięknym lesie mieszanym, z wytyczonymi szlakami, umożliwiającymi każdemu koszalinianinowi poczucie się jak w Tatrach, bez konieczności ruszania się gdzieś z województwa, a to wszystko nakładem jedynie kilku kilometrów marszu po pagórkowatej drodze.

Na stadionie z czasów dawnej świetności (bo choć drużyna jest wujowa, to boisko w lesie - cudne!) pozostały już tylko dwie malowane onegdaj na biało, pordzewiałe do cna bramki, złożone, dawną modą, z trzech zespawanych stalowych rur, trybuny bez siedzeń, bramka z dwóch rur, prowadząca dawniej na stadion, a teraz praktycznie donikąd. Murawa, niekoszona i poryta kretowiskami, rośnie gdzie chce i jak chce, bieżnia z jakiejś podłej ziemi gdzieniegdzie zarasta trawą, w pozostałych okupują ją amatorzy nordic walkingu (narciarstwo zjazdowe bez nart i bez zjazdów), tu i tam rosną nieprzycinane krzewy. W takiej to właśnie scenerii (przypominam - ognisko na stadionie piłkarskim - w głuchej puszczy!) byłem w sobotę z Przyspieszem i ekipą z Animako (z którymi poza tym nie mam nic wspólnego). Ale po kolei.

Około 13 przyszedłem, boso, w jasnych, dawno nieużywanych przez nikogo, krótkich spodenkach i w koszulce z UCoB, na Dolinkę Sportową, gdzie kazał mi iść mój Najlepszy Przyjaciel Przyspiesz. Tam, w malutkim amfiteatrzyku (czy też, jak to określił - małym Koloseum) miało miejsce spotkanie jakiegoś obiecującego stowarzyszenia fanów mangi i anime, z Rozette, Alotią i Kają K bodajże na czele. Uczestnicy uzbrojeni byli w dwa nagie, drewniane miecze (z drewutni?), tzw. bokkeny (w tym jeden należał do lata niewidzianego Karola Głoga, imiennika z przedszkola), podpałkę do ogniska, i mnóstwo innych zbędnych rzeczy, z anime i mangą na czele. Do spotkania przyłączyły się w pewnym momencie równie zewnętrzne jak ja postaci, M. i D. Przy zmianie miejsca spotkania (czyli kiedy wychodzili wszyscy z tej drewutni na Piaskową, a dziewczątka zupełnie gdzie indziej - i ja za nimi), kazały mi założyć buty. Usiadłem więc na szybkiego na trawie i poczyniłem honory.

Przy którejś z kolei zmianie kolejności w ruchu gęsiego M. spytała:
- Ej, a co ty masz na spodniach? - co samo w sobie było już bardzo złowieszcze.
delikatny ruch głową w lewo powiększenie oczu szybkie zapadnięcie pod ziemię niemy niewydobyty okrzyk matko buddyjska od dwóch dni jest tak upierdolony ten stół tylko dlatego że usunęliśmy ten jebany przerywnik który jedzie z góry
Na spodniach, bez żadnych wątpliwości, przyczepione było, i aż nadto widoczne, psie, chamskie, śmierdzące GÓWNO. Dlaczego to właśnie ja?! Dlaczego musi mi się to po raz pierwszy wydarzać akurat kiedy rozmawiam z sympatetycznymi dziewczątkami? Ani dziś, ani jutro, choćby milion słów stanęło tutaj w szranki i nieprzerwanym potopem, ogniem i mieczem, do wtóru chóralnych krzyków noworodków kolejnych pokoleń i jęków wczorajszych bohaterów w gorączce, cierpieniu i bólu, choć słowa przelewałyby się przez świat, dokładnie tak, jak liczby naturalne przesypują się przez sito Eratostenesa, a potem prapotomkowie ostatnich nowożytnych czytelników Blogaska osadziliby swe cybernetyczne łodzie na nagich zboczach wygasłego z dawna Araratu, nie będzie w stanie żadne z nich wyrazić gniewu, którym zapałałem w tym, pamiętnym po kres istnienia serwerów Google'a, momencie do niewiadomego, nieodpowiedzialnego i, najprawdopodobniej, w najbliższej przyszłości martwego, dosłownie lub w przenośni, właściciela psa, który to gówno tam zostawił, i przysięgam na najlepsze nocie z lat 2008-2010, że pierwsi staną pod ścianą, gdy nadejdzie następna rewolucja, ktokolwiek miałby ją organizować. Niekiedy myślę, że usiadłszy na minie, mimo zgoła odmiennego charakteru tego doświadczenia, czułbym się wtedy nieco lepiej, biorąc w końcu pod uwagę to, że materiały wybuchowe z założenia trochę mniej brudzą spodnie, mniej też musiałbym się tego wstydzić, wreszcie nikt już by nie śmiał przyznać, że nie uważał mnie za prawdziwie wystrzałowego kolesia. Tymczasem ja przeszedłbym w stan pośredni, bo buddyjskie zaświaty nie są tak hurraoptymistycznie radosne na pierwszy rzut pozazmysłowego postrzegania, jak te u Muzułmanów i Katoli, o boga ciężko, hurysy jeszcze jakieś na ziemi znajdę, ale po śmierci nic nie jest już pewne, a zwłaszcza tabuny uległych dziewic.

Oddaliłem się, wściekły i czerwony ze wstydu i wrodzonego i nabytego w Warszawie i Zakopcu buractwa, innym wektorem niż M. i D., bez numerów telefonów, prawdopodobnie wyśmiany, z gównem na cudzych spodniach, które każdy może w każdej chwili na ostatnim kilometrze drogi do domu poczuć, zauważyć, obrobić mi dupę, gdy tylko mnie minie. Prawem Murphy'ego spotkałem koleżankę z jej koleżankami.
- Pamiętasz mnie jeszcze? - spytała,
- Ja? Nie, skądże - zełgałem, z jednym tylko celem przed oczyma: dom. Zmiana odzieży.
Minąłem je. Ostatnie 150 m, jeszcze tylko schody Dąbka-Na Skarpie, jeszcze ostatnia prosta...

...dotarłem. Plama zeszła przy praniu ręcznym. Przy okazji zabrałem rower Maćka, którego akurat nie było, i pognałem w pełnym ogniskowym rynsztunku na Piaskową, gdzie miało się odbyć to ognisko. Na trasie spotkałem całą ekipę z Animako, co się w zasadzie dobrze złożyło, bo Piaskową okupowali harcerze, a sam bym w życiu nie trafił na ten nieszczęsny stadion za pierwszym razem. Po kilku męczących wzniesieniach, zmianach kierunku i tak dalej wyszliśmy na to wspaniałe leśne zacisze. Tu wypstrykałem (głównie w lesie, po przerwie na odlanie się) resztkę kliszy, którą kupiłem chyba gdzieś w zeszłym roku, która mi się oczywiście musiała zaciąć w kasetce. W tym czasie Jastrząb rozpalił ognisko, i to całkiem sprawnie, jak na harcerza, choć oczywiście po chrust poszły tylko dziewczyny, bo chłopcy zajęci byli typowo męskimi zajęciami walki na nagie miecze, palenia tytoniu i dopalaczy; nie obyło się wreszcie bez bezpośredniego lania do ognia płynnej podpałki, wyrywania sobie onej oraz propozycji ciśnięcia do ogniska dezodorantu - czyli zwyczajne, bezpieczne zabawy młodzieży.

Leżeliśmy z Przyspieszem na murawie.
- Przyspiesz - rzekłem - a może byśmy poszli pobiegać?
- No co ty, Moroz, ja nie mogę, jestem palaczem...
- Daaawaj, Przyspiesz. Chociaż kilka kółek.
Przyspiesz zrezygnował po dwóch, ja zrobiłem 10 kółek, czyli na oko ze 4 km. Ponieważ strasznie chciało mi się pić, postanowiłem pojechać po wodę. Po pagórkach i ścieżkach, kamieniach i gołej ziemi, popędziłem więc rowerem do Żabki na Orląt Lwowskich. Wodę wypiłem w drodze powrotnej, i wypociłem się jeszcze bardziej. Można by uznać, że wyprawa nie miała więc większego sensu, ale jakaż radość z wjechania po raz drugi na tę samą górę, wbrew Heraklitowi!

Ciąg Dalszy

Po niedzielnym treningu pojechałem na koncert Piaska. Przez amfiteatr nie dało się przejść nawet bez roweru, znajomych można by policzyć na palach trzech rąk, tłok psuł całą zabawę, zresztą tak naprawdę nie chciało mi się słuchać Piaska. Natomiast przy stanowisku z pop cornem, za nieprzebytą barierą szyby pancernego urządzenia do prażenia kukurydzy, za stertami bilonu i nalewakiem do coli, stała D., ta sama, co dzień wcześniej, Wielka Niewiadoma, na kpiny której byłem przecież ciągle narażon. Godność człowieka znika za jego plecami.
- Jak długo się ze mnie wyśmiewaliście? - spytałem jej.
- Ja najdłużej ze wszystkich - odparła, za czego sprawą właściciel feralnego psa zyskał pod głową dodatkowy pieniek i ostatni gwóźdź do trumny swojego nieszczęsnego gatunku. - Nie wiem, jak ty to w ogóle zrobiłeś.
- Też nie mam pojęcia - powiedziałem, choć sam mechaniczny aspekt przykrego incydentu nie był niczym tajnym. Bardziej mogłoby mnie zastanawiać: dlaczego to właśnie ja? Dlaczego właśnie wtedy? W takim towarzystwie? Po co w ogóle siadać na gównie?
Zbłąkany klient siłą naturalnego porządku rzeczy przerwał rozmowę z barmaneczką. Miałem okazję zaobserwować wprawę w nakładaniu pop cornu do rożków papierowych, nalewaniu coli.
- A może dasz mi swój numer? - spytałem w końcu.
- A po co ci mój numer?
- A czemu nie?

Przesłanie

Co dzień, około 8 rano, pokonuję mniej więcej tę samą trasę, która pamiętnego czwartku 15 maja 2008 natchnęła mnie do stworzenia niezapomnianej noci 1. Tak, jak kiedyś kradzież roweru, noszenie laptopa do szkoły, samotne, lecz jakże radosne, wyprawy nad morze, lenistwo i ubóstwo stworzyły podwaliny pod 92 nocie niezłego gówna, tak dziś, po ponad dwóch latach od tego wszystkiego, chciałbym podziękować czytelnikom za to, że im się chce, ojcu i Macce za prawie prawdziwe salwy śmiechu, którymi opatrują kolejne nocie, i fundowanie zachcianek, koszalińskiej sandze za towarzystwo buddyjskie w piątki wieczorem i za tworzenie warunków do rozwoju przy jednoczesnym zachowaniu skandalicznego poziomu higieny kubków, Przyspieszowi, Oli P. i całej ekipq za wielogodzinne przesiadywanie na skate parku i organizowanie imprez, a Marcie „Pice” za rogale, pączki i snuff-time'y.

Pytanie brzmi: gdzie jest przesłanie? Co zostaje w 92 nociach i paru pobocznych hasłach po obraniu ich z formy? Czy jest to przesłanie ponadczasowe, ważne, czy może też jakieś bardziej banalne, w rodzaju Pamiętaj O Umyciu Rąk, Kiedy Rozwiązujesz Zadania Przy Tablicy albo Zawsze Zdejmuj Rękawiczki Przed Obieraniem Jabłek? Czy przesłanie jest i dlaczego? Czy publicystyka internetowa posiada przyszłość i jaka to przyszłość? Wreszcie, najważniejsze - po co to wszystko?
Po co?

Po co?!

Komentarze do artykułu (skomentuj)
Poprzedni post
Poprzedni post:
91,5.
92. 92 nocie i dwa lata nadmorskiej żeglugi Następny post:
93. Brand new kalendarzyk UAC
Następny post
Komentarze do artykułu (skomentuj)
Archiwum bloga