Blog:95. Sam jesteś tytuł
Z Ubogo, Ale Chędogo
Piątek, 11 czerwca. Geografia
Właśnie na moich oczach rozgrywa się historia. Zachwycony Baran dowiedział się właśnie, że wcale nie musi zostawać na drugi rok w pierwszej klasie, bo dostał 28/38 pkt. ze sprawdzianu z hydrosfery. To już naprawdę są Dni Ostatnie i wołami mnie w szkole nie utrzymają, kiedy mi już wystawią wszystkie oceny. Rekruci nie kręcą się już koło sekretariatu, i dobrze, bo nie chciałoby mi się ciągle witać ze znajomymi. Jestem bowiem obecnie silnie zajęty serią Nienackiego. W ciągu pierwszych trzech godzin przeczytałem ponad 80 ostatnich stron „Niesamowitego Dworu”, na angielskim machnąłem list motywacyjny i uplotłem wianek z kwiatu koniczyny i stokrotki dla Mai z Ib (bo mnie prosiła). Ponieważ Majeczka na następującej bezpośrednio potem lekcji gdzieś sobie poszła, a sfatygowany wianek coraz bardziej zwiększał średnicę, porwałem go zupełnie i wylądował na asfalcie ulicy Chełmońskiego. A szkoda, że zmarnowałem tyle pięknych kwiatów, które zawsze miło by było ofiarować buddom albo sympatycznej blond Asi, ale o tym za chwilę.
List motywacyjny, który napisałem na angielskim, podpisany był tymi słowy:
Karol Moroz
Robin of the Diamond Way Karma Kagyu Buddhist Center of Koszalin
Author of Ubogo, ale chędogo
Worst man ever.
Pani M. P. sprawdziła list, a kiedy dotarła do tytułów, spytała jakoś tak w stylu:
- No, Jason, czego nic na blogu swoim nie piszesz?
- Ja nie piszę? Jak to, przecież opublikowałem właśnie ostatnio nocię 94.?
- Tak? No to czemu mi się na Facebooku nie pokazuje?
- Aaaa, bo na Facebooku to mi się nie chce linków publikować. - zaczem wręczyłem pani M. P. stronę główną bloga na komórce i udostępniłem do woli aż do samego końca tej lekcji.
Pisząc o piątku, nie sposób nie wspomnieć jeszcze o wspaniałej pogodzie, która zdecydowanie wskazuje na Ostatniość naszych Dni. Około 12 zewsząd ziało piekarnikiem i nie sposób było wyjść na tartan, a tymczasem i tak z Majeczką zrywaliśmy te nieszczęsne kwiaty. O 13 z hakiem w ciągu minuty nawiało nam prześliczne Cumulonimbusy i zrobiło się tak ciemno, że geografia musiała odbyć się przy zapalonym świetle; zwiewało dokumenty z biurka i waliło drzwiami i oknami. O 14 szedłem piechotą na chiński. Ulicami płynęło tyle wody, że trzeba było brodzić (bo pływać nadal nie umiem); wyglądało to naprawdę jak Dni Ostatnie albo początek powodzi na Dzierżęcince. Mimo poncza, a może bardziej z powodu poncza miałem doszczętnie mokre końce nogawek spodni, a w pełnych butach chlupało; właśnie dlatego uważam, że latem należy chodzić w krótkich spodenkach i boso lub w sandałach. O 16, kiedy wracałem z chińskiego, o dawnej ulewie mówiły już tylko niewyraźne plamy wilgoci na polbruku - suchym, nagrzanym nagrobku ostatnich 4 godzin historii naszego miasta.
13/14 czerwca
Będzie to tak naprawdę wstawka o całym weekendzie, jako że właśnie się skończył i za 7 godzin i 50 minut muszę się stawić w szkole. Bo w sobotę żyłem głównie wykładem Artura Przybysławskiego, który jest podróżującym nauczycielem buddyjskim i przyjechał się wykładać do Koszalina.
20 czerwca, 1.33. Samochód
Jakiś tydzień temu próbowałem chyba coś napisać o poznaniu sympatycznej blond Asi w zeszłą sobotę. Tradycyjnie napisanie nie wyszło.
Późno jest, ale nie miałem żadnych złudzeń dotyczących stopnia zarwania nocki w razie wyjazdu na seminarium. Samochód Si-Hinga Radka (1 st. mistrzowski) jest duży, ale nie tak duży, żeby z tyłu nie było słychać Metalliki, lecącej od przodu, i nie na tyle duży, żeby się w nim można było zupełnie rozłożyć. Sytuacji nie ułatwia to, że Achon pewnie już dawno śpi i nie wymienię z nią kolejnej setki bzdurnych sesemesów. Swoją drogą, pamiętam, że chyba zdarzały się czasy, kiedy wysypiałem się co noc, i wcale nie skracało to szczególnie czasu podstawowej radości, jaką starałem się zawsze wyciskać z przestrzeni. Po wysypianiu się pozostało niewyraźne wspomnienie małego Moroza, który uczył się robić na drutach w czasie wakacji 2002, który nie wykazywał wcale tendencji do nudziarstwa i wtórności przekazu. Moroza, który nie poznał Achona.
7.26
Płyta z ogranymi do bólu piosenkami Kultu leci po raz trzeci - o ile nie było czwartego razu w czasie tych mikrych wycinków czasu, kiedy spałem. Rani to dogłębnie mój gust muzyczny, bo ja zwykle w ogóle nie słucham muzyki, a już na pewno nie tę samą, okropną płytę po tysiąckroć. Ewidentnie Si-Hingowi chodzi wyłącznie o to, żeby leciało cokolwiek.
Dojechaliśmy do Wrocławia. Tak, jak podejrzewałem, nie wyspałem się kompletnie w ogóle. Do seminarium została jednak ładna chwila. Niewyspanie niewyspaniem, ale miło było przypomnieć sobie, że teraz jasno robi się koło 3. Szkoda tylko takiej pięknej nocy na jazdę samochodem.
| Poprzedni post: 94. Tydzień mniej | 95. Sam jesteś tytuł | Następny post: 96. Wielki Drogowskaźnik |
